Nie
pamiętam swojego nazwiska, imion moich rodziców, domu, w którym mieszkaliśmy i
miejsca, gdzie żyliśmy. Wiem tylko, jak mam na imię i kiedy się urodziłam.
Jestem
Clara i przyszłam na świat osiemnastego września 1999 roku. Więcej o moim
pochodzeniu ode mnie się nie dowiecie, gdyż sama wiem tylko tyle, co
powiedzieli mi w Domu Dziecka.
Tak,
wychowałam się w sierocińcu, ale to nie będzie opowieść o tym, jak bardzo
beznadziejne było moje życie w tamtym okresie. Nie patrzcie też na mnie, jak na
biedne dziecko, porzucone przez biologicznych rodziców. Skupcie się na samej
historii.
A
więc jej ciekawsza i mniej nużąca cześć zaczyna się w najpiękniejszym dniu
każdego porzuconego dziecka. Dnia jego adopcji.
Miałam
pięć lat, kiedy nadszedł dla mnie ten dzień. Na zewnątrz było mglisto, zimno i
mokro. Połowa sierpnia, a wokół panowała pogoda charakterystyczna dla jesieni
lub wczesnej zimy. Temperatura często nie przekraczała pięciu stopni Celsjusza,
a budynki kryły się za warstwami bardzo gęstej mgły. Z nieba, w ciągu kilku dni,
zdążyły spaść hektolitry wody, która utworzyła głębokie kałuże na chodnikach.
Około
godziny szesnastej, kiedy to najmłodsi mieszkańcy zazwyczaj udają się na długą
poobiednią drzemkę, w budynku rozległ się donośny dzwonek do głównych drzwi.
Prawie wszystkie dzieci zerwały się momentalnie z łóżek, by zdążyć przygotować
się do niespodziewanej wizyty zainteresowanej pary. Cali rozpromienieni i
przepełnieni ogromną nadzieją tupali po schodach schodząc na pierwsze piętro,
by wyglądając zza pionowych barierek dostrzec z góry zainteresowanych.
Zastanawiacie
się pewnie, dlaczego napisałam „prawie wszystkie dzieci”. Otóż była taka mała
dziewczynka o długich brązowych włosach i głębokich błękitnych oczach o
delikatnej urodzie, która już dawno straciła wszelką nadzieję na wydostanie się
z tego piekła. To byłam ja, we własnej osobie.
Już
dawno zrozumiałam, że przecież moje szanse są dość nikłe. Ci ludzie mogą chcieć
bobaska lub jakieś starsze, bardziej ułożone dziecko. Albo gorzej, będą chcieli
chłopca. W takim wypadku moje szanse na adopcje spadają do 14%. A doliczając
jeszcze fakt, że w ośrodku jest pięć dziewczynek w wieku 5-7 lat to procenty
lecą w dół i zatrzymują się w okolicach 3%, które można porównać do
pojedynczego jabłka na samym szczycie drzewa, tak niewielkiego i niedostępnego.
Po
kilku minutach głośnej krzątaniny moich znajomych zostałam sama w Pokoju
Sypialnym. Było tak spokojnie i cicho, że sen ponownie wziął mnie w swoje
ramiona i otulił jak ciepły koc, w którym człowiek czuje się bezpieczny.
Obudziłam
się, kiedy dochodziła godzina osiemnasta. Gdy otwarłam oczy zaskoczyła mnie
twarz mojej koleżanki z piętra naszego dwupiętrowego łóżka. Była wpatrzona we
mnie jak w obrazek, co trochę mnie speszyło. Wzdychając radośnie, czekała przez
prawie dwie godziny aż się obudzę.
-
Co się stało? – zapytałam lekko schrypniętym głosem, przecierając piąstkami oczy
pozbywając się błądzących po nich plamek.
-
Zostałaś adoptowana. – powiedziała wybuchając płaczem.
Powiedziała
to
tak zwyczajnie, że jej słowa dotarły do mnie dopiero po kilku
sekundach. Zaskoczona szybko wdrapałam się na górę i przytuliłam ją
najmocniej, jak
tylko mogłam.
-
Przepraszam. – powiedziałam.
W
zeszłym roku przyrzekłyśmy sobie, że będziemy się na wzajem wspierać w czasie
pobytu w tym miejscu. Tamtego dnia przyrzeczenie zostało zerwane, ponieważ
skoro miałam zostać adoptowana, to czuwanie przy Urszulce byłoby nie możliwe.
Została sama i to była moja wina, więc było, za co przepraszać.
-
Dasz sobie radę. – oznajmiłam pocieszająco, po czym się uśmiechnęłam.
Urszulka
odwzajemniła uśmiech i uścisnęła mnie po raz ostatni.
-
Żegnaj. – zadrżał mi mimowolnie głos i zeszłam zna dół.
Chciało mi się płakać, ale cały
żal tej rozłąki połknęłam wraz ze śliną. Mijając te wszystkie łóżeczka
samotnych dzieci, pozbawionych rodzinnej miłości, doszłam do wniosku, że będę
za nimi wszystkimi tęsknić.
Kiedy
wyszłam z pomieszczenia udałam się do łazienki z zamiarem umycia zębów i rozczesania
swoich splątanych włosów. Zrobiłam to, co się dało zrobić, a potem poprawiłam
swoje podniecone ubranie abym nie wyglądała jak bezdomna i zrozumiałam, że
robię to samo, co inni: chcę się przypodobać. Mimowolnie skrzywiłam się na tę
myśl.
Ruszyłam
głównym korytarzem, oświetlonym tylko nagimi żarówkami wiszącymi pod sufitem,
prosto na parter do gabinetu Pani Fitz, naszej głównej opiekunki.
Tuż
przed wejściem do pomieszczenia naszły mnie wątpliwości. Nie rozumiałam, jakim
cudem jacyś ludzie mogli mnie wybrać skoro nawet nie pojawiłam się, by przywitać
przybyłych. To było bardzo dziwne.
Zapukałam
do drzwi i wstrzymałam oddech w napiętym oczekiwaniu na to, kiedy się otworzą.
Nie
musiałam niecierpliwić się przez wieczność. Otworzyła mi Pani Fitz ukazując swój
firmowy uśmiech. Wpuściła mnie do gabinetu, zamykając za mną drzwi i delikatnie
popychając w stronę dwóch wielkich foteli, na których siedziało dwoje ludzi.
Przełknęłam głośno ślinę i podeszłam powoli do krawędzi biurka stojącego obok
owych foteli tak, aby mieć po swojej lewej zainteresowanych dorosłych, a po
prawej swojego opiekuna prawnego.
Przyjrzałam
się obcym. Od razu uderzyła mnie znaczna różnica wieku pomiędzy nimi. Mężczyzna
miał siwe, półdługie włosy, niebieskie oczy i przyjazny uśmiech. Na sobie miał
zwykłe czarne spodnie i bordowy sweter na bladoniebieskiej koszuli. Siedział z
nadgarstkami opartymi o biurko, a widząc, że podeszłam i mu się przyglądam,
wyprostował się, po czym oparł się o oparcie fotela. Jego towarzyszka na pewno
nie przekroczyła trzydziestego roku życia. Jej długie blond włosy,
brązowe oczy z przebłyskami słonecznej żółci i delikatne rysy sprawiały, że
każdy od razu nazwałby ją piękną. Była ubrana w piękną granatową sukienkę do kolan i wysokie kozaki z czarnej skóry.
Od
razu uderzył mnie fakt, że nie widziałam w swoim, w prawdzie niedługim, ale
bogatym w wydarzenia, życiu związanych ze sobą ludzi, których różniłoby tak
wiele. Zwłaszcza wiek.
-
Dzień dobry. – przywitałam się pogodnie. – Mam na imię Clara. – dodałam i
uśmiechnęłam się.
-
Miło nam. – powiedział mężczyzna ilustrując mnie wzrokiem. – Czy wszystkie
formalności zostały załatwione? – skierował to pytanie do Pani Fitz.
Kiwnęła
radośnie głową i otworzyła ponownie drzwi by wyprowadzić nas z budynku.
Moi
nowi rodzice podnieśli się z siedzeń i ruszyli do drzwi, ściągając po drodze
swoje płaszcze z wieszaka i zakładając je. Przepuścili mnie w drzwiach, żebym
mogła przynieść z naszej małej szatni swój czarny płaszczyk, który w zeszłym
miesiącu ucierpiał podczas zabawy na dworze ze starszymi dzieciakami. Zdobiła
go na ramieniu dziura wielkości zakrętki od butelki.
Moje
małe serduszko z podekscytowania biło tak szybko, że sama nie mogłam uwierzyć w
to jak się zachowuję. Ta sytuacja wydawała mi się niezwykle absurdalna i
tak niezwykła, że sądziłam, iż umysł płata mi figle.
Nowa
rodzina czekała na mnie przed wielkimi żelaznymi drzwiami wejściowymi. Z lekkim
zdenerwowaniem podeszłam do nich. Po raz ostatni podałam Pani Fitz rękę i
podziękowałam za te cztery lata wymuszonej opieki. Musiałam zrobić jakoś na
przybyłych dobre wrażenie.
Mężczyzna
złapał mnie za rękę, co nie powiem, że mnie nie zniesmaczyło, gdyż od dawna nie
lubiłam czuć dotyku innych na swojej skórze. Westchnęłam głęboko i uśmiechnęłam
się przekonywująco po raz kolejny, aby ukryć swoje niezadowolenie.
Wyszliśmy na dwór. Momentalnie zalała nas fala wody spadającej z dziką
szybkością z nieba i pochłonęła tajemnicza mgła.
Pogoda
tamtego dnia była katastrofalna. Było tak zimno, że warstwy ubrań nie chroniły
mnie przed chłodem. Przez niego powietrze szczypało mnie w już i tak nieźle
zaczerwienione policzki i nos. Z moich ust wydobywały się obłoczki pary
znikające w ułamku sekundy. Na dodatek moje palce były przemarznięte aż do
kości, a stopy marzły od lodowatej wody z kałuż, w które zdarzyło mi od czasu,
do czasu się wejść.
Dorośli
zdawali się w ogóle nie odczuwać dyskomfortu wywołanego złymi warunkami
atmosferycznymi. Ręka mężczyzny cały czas była ciepła, a nawet zdawać by się
mogło, że cieplejsza. To była kolejna dziwna rzecz, ale mój móżdżek wyjaśnił to
zjawisko w następujący sposób: stwierdził, że to moja rączka tak zmarzła i
dlatego tak mi się wydaje.
Idąc
ulicami mijaliśmy zabieganych ludzi, którzy przemieszczali się od jednych do drugich
sklepów, przebiegających bezmyślnie przez jezdnię i potrącających innych
przechodniów. Jedynie jedna rodzina szła powoli chodnikiem po drugiej stronie
ulicy. Ojciec trzymał swoją córkę na barana, a matka trzymała przystojnego syna
pod ramię jakby bała się, że młodzieńczy bunt zabierze go od niej. Śmiali się.
Był to widok cieszący oczy, bo w Brakewood w czasie takich dni, nikomu nie
chciało się być miłym.
Zaczęłam
się zastanawiać, dlaczego my idziemy w tak głuchej ciszy, skoro od dzisiaj
mieliśmy być rodziną.
-
Jak mam do was mówić? – zapytałam, by jakoś wzniecić nawet najbardziej beznadziejną
rozmowę.
Dorośli
wymienili spojrzenia, a ja zamiast patrzeć na nich, to spuściłam głowę, żeby ominąć
kałużę, która wyrosła na mojej drodze.
-
Nazywam się Eric Lensheer, a to jest … - urwał i popatrzył na kobietę jakby się
zastanawiał czy zgadza się ona na to, żeby to on ją przedstawił.
-
Jestem Raven Darkholme. Mów nam po imionach. To wystarczy. – uśmiechnęła się, a
ja kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam.
Uderzył
mnie fakt, że mają zupełnie inne nazwiska.
-
Jesteście razem, czy tylko przyjaciele? – zaciekawienie dało górę i to pytanie
samo ze mnie wypłynęło.
Niezręczna
cisza, jaka zapadła pomiędzy tą dwójką sprawiła, że pożałowałam, iż w ogóle
się odezwałam.
-
Przyjaciółmi. – powiedziała kobieta.
-
Dobrze, a gdzie będziemy mieszkać? – zapytałam.
-
Mogę ci tylko powiedzieć, że we wspaniałym miejscu. – oznajmił Eric. – To
niespodzianka.
-
Tam mieszkają wszyscy niezwykle uzdolnieni ludzie. – powiedziała Raven. –
Uwierz mi spodoba ci się.
Niespodziewanie zatrzymałam się. Eric puścił moją rękę i zdziwiony odwrócił się w moją stronę.
Dokładnie tak samo zareagowała blond włosa.
-
Chcecie mnie zabrać do jakiegoś internatu? – moje oczy delikatnie się zaszkliły,
wiec spuściłam nisko głowę. – Adoptowaliście mnie, żeby mnie oddać do jakiegoś
innego ośrodka? - łza popłynęła mi po policzku.
Zaczęłam
się powoli cofać i nagle niebo przecięła błyskawica, na widok której nie dość,
że podskoczyło mi serce, to jeszcze deszcz stał się tak intensywny, że zdawało
się, iż z nieba spadają istne igły.
-
Oni tu są. – oznajmiła Raven. – Musimy się pospieszyć.
-
Kim są „oni”? – zapytałam i uniosłam głowę.
Kobieta
popatrzyła na mnie krzywo, tak jakby wkurzyła się za to, że ich spowalniam, a zaś
pojawienie się „ich” jest moją winą.
Wiedziałam,
że perspektywa dostania się do kolejnego ośrodka, gdzie będą się na siłę mną
opiekować jacyś obcy ludzie, nie uśmiechała się do mnie. Nie zniosłabym kolejnych lat w miejscu,
w którym nikt mnie nie szanuje i nie jestem dla nikogo ważna.
Nie
dam się tam zabrać.
Gdy
dorośli z przerażeniem spoglądali na siebie zerwałam się do, najszybszego w
swoim życiu, biegu. Rozbryzgiwałam wokół wodę z chodników, gdy niespodziewanie
postanawiałam skręcić i zderzałam się z przechadzającymi się ludźmi. Mój oddech
przyspieszył do tego stopnia, że zaczęło mnie boleć gardło. Burza, która
rozszalała się nad głową zaczynała mnie powoli dobijać.
Zatrzymałam
się gwałtownie, bo coś do mnie dotarło: Eric i Raven mnie nie gonią, a ja nie
mam dokąd biegnąć. Jednak ta pokonana psychicznie dziewczynka, minęła sama
kilka przecznic, więc była w znacznej odległości od tych dziwnych ludzi.
Wsadziłam
swoje dłonie do kieszeni i zaciągnęłam niżej kapuzę płaszcza, która podczas biegu lekko
się zsunęła. Przełknęłam głośno ślinę i westchnęłam. Co ja teraz zrobię,
zapytałam się.
Pozostało
mi tylko iść przed siebie.
Większość
przechodniów zdążyła już ukryć się w budynkach. Jedynie ja szłam samotnie po
chodniku, płacząc cichutko i dygocząc z zimna. Weszłam po kilku minutach w
jakąś ciemną uliczkę, aby poszukać miejsca gdzie mogłabym się przespać. Było
już późno zważywszy na to, że latarnie na ulicach rozświetlały okolice swoim
blaskiem, a mieszkańcy górnych mieszkań w kamienicach zaciągali żaluzje i
zasuwali zasłony.
W
połowie zaułka zauważyłam jakąś niebieską figurę wielkości człowieka. Zmrużyłam
oczy, aby lepiej ją widzieć i wtedy dostrzegłam, że się porusza. Szła w moją
stronę, więc szybko obróciłam się, by uciec, ale na mojej drodze stanął nagle
Eric.
-
Nie ładnie tak uciekać. – powiedział i złapał mnie mocno dłonią za ramię. –
Słuchaj, nie jesteś zwykłą małą dziewczynką. Masz niesamowity dar, a ja sprawię,
że nikt nie będzie chciał cię przez niego skrzywdzić. Rozumiesz?
-
Pan oszalał. – powiedziałam i zaczęłam się bezskutecznie wyrywać. – Niech mnie
Pan puści! – zażądałam.
Jaka
moc? Przecież nie istnieje nic takiego.
-
Mystique, proszę podejdź tutaj.
Mężczyzna
obrócił mnie tak, że teraz stałam przodem do postaci, którą wzięłam za figurę.
To był człowiek, jednak nie do końca tak ludzki, jak każdy inny. A dokładniej była
to Raven, której ciało stało się całe nagie, niebieskie i pokryte niebieską łuską.
Jej piękne blond włosy zostały zaczesane do tyłu i miały kolor czerwonych
płatków maku, a oczy były jak kocie, takiego koloru jak ten przebłysk, który
widziałam w nich jeszcze w gabinecie Pani Fitz.
-
Czym jesteś? – zapytałam drżącym głosem.
Dopiero
w tamtym momencie zaczęłam się ich naprawdę bać.
-
Sobą. – odpowiedziała, a następne słowa skierowała do staruszka. – Magneto,
zabierajmy się stąd. Nadchodzi Storm.
-
Co? – wyszeptałam nic nie rozumiejąc.
-
Idziemy. – usłyszałam za swoimi plecami i obróciłam się o dziewięćdziesiąt
stopni, tak by mój wzrok mógł obserwować potwora i mężczyznę.
Erick
podniósł rękę w kierunku drabinki łączącej ziemię ze szczytem pobliskiego
budynku. Kiedy dłoń mężczyzny skierowała się w moją stronę, metalowy przedmiot
oderwał się od twardych cegieł i uwięził moją klatkę piersiową oraz ręce w
twardym uścisku.
Krzyknęłam
przerażona tym, co się dzieje. Nie wierzyłam, że coś takiego jest w ogóle
możliwe.
-
Puśćcie mnie! – wołałam, stojąc jeszcze na własnych nogach.
Eric
skierował swoją rękę w górę. Moje stopy oderwały się od ziemi i w rezultacie wisiałam
kilka metrów nad ich głowami. Szeroki uśmiech Mystique zapewnił mnie, że moje
położenie sprawia jej przyjemność. W porównaniu do niej mnie ta sytuacja
kompletnie nie cieszyła.
Pręty
wbijały się niemiłosiernie w moje ciało. Byłam totalnie przemoczona i
fizycznie wykończona.
-
Jesteście potworami! – zawołałam.
-
Mutantami. Jeśli już musisz nas obrażać, to rób to dobrze. – odpowiedział z
uśmiechem, a mnie zamurowało.
Już
miałam krzyczeć, żeby ktoś, kto akurat mnie usłyszy, mi pomógł, ale momentalnie
głos uwiązł mi w gardle. Lensheer zaciskał metal na moich piersiach do tego
stopnia, że trudno mi było zaczerpnąć choćby odrobiny powietrza.
Potem
używając drugiej ręki oderwał od wielkich kontenerów na śmieci drzwiczki, ułożył
je w pozycji poziomej i każde z nich wskoczyło na jedno. Lensheer podniósł
górne kończyny w stronę nieba, w skutek, czego zaczęliśmy się unosić.
Mimowolnie
zamknęłam oczy. Lęk wysokości odezwał się w moim wnętrzu i mimo mojej
woli chciał je otworzyć, bym zaczęła się bać. I niestety nawet mimo tego, że
zaciskałam mocno powieki, to czułam, iż jesteśmy coraz wyżej i wyżej. Bałam się
jak diabli nie mówiąc już o tym, jak bardzo byłam przerażona tym, kogo
spotkałam na swojej drodze i tym, co się ze mną stanie.
Wylądowaliśmy
na dachu. Magneto rzucił mną niemiłosiernie o murek, w skutek, czego poczułam
jak kości w mojej lewej ręce pękają, a ona sama wygina się pod dziwnym kątem.
Nie
minęła sekunda, moim oczom ukazał się najprawdziwszy piorun, który obrał sobie
ten budynek za cel. O mały włos nie trafił on w niebieska kobietę, która w porę
wykonała, trzeba to przyznać, idealne salto w tył.
Ból
rozchodzący się w moim ciele przepływał przeze mnie, jak największy kataklizm
mojego życia. Deszcz mieszał się z moimi łzami, a nagły wiatr zagłuszał moje
łkanie.
Przez
załzawione oczy zobaczyłam jakąś zjawę ubraną w czarny kombinezon, o białych
włosach, unoszącą się w powietrzu między mną a moimi niedoszłymi
porywaczami. Zaczęła ona ciskać w nich piorunami, starając się widocznie
mi pomóc.
Gdy zauważyłam głęboki ciemny cień, który rzucał pobliski komin, wydostałam swoją rączkę pomiędzy prętów i zaczęłam się czołgać do niego, pomimo rozgruchotanej drugiej ręki i ciała nadal spętanego przez metal. Nie wiem, co chciałam zrobić, ale coś mi podpowiadało, że jeśli mi się uda stanie się coś, co zakończy ten nienormalny moment mojego życia.
Gdy zauważyłam głęboki ciemny cień, który rzucał pobliski komin, wydostałam swoją rączkę pomiędzy prętów i zaczęłam się czołgać do niego, pomimo rozgruchotanej drugiej ręki i ciała nadal spętanego przez metal. Nie wiem, co chciałam zrobić, ale coś mi podpowiadało, że jeśli mi się uda stanie się coś, co zakończy ten nienormalny moment mojego życia.
-
Nie! – usłyszałam krzyk Magneta, który korzystając okazji, że zjawa próbowała
porazić prądem zwinnie poruszającą się Mystique, wyciągnął w moją stronę dłoń,
która natychmiast zaczęła przyciągać mnie do niego, jak magnes. Próbowałam się
chwycić czegoś wolną ręką, ale moje próby spełzły na niczym.
To
był impuls, kiedy przeciągnięta pod zjawą zdążyłam włożyć rękę do jej cienia na
powierzchni budynku. Mrok wciągnął mnie i całą scenę zastąpiła ciemność.
Cień
wyrzucił mnie w ułamku sekundy w zupełnie innym miejscu.
Cały
czas krzyczałam, gdyż cała twarz płonęła mi żywym ogniem. Gdy otworzyłam oczy
przeraził mnie widok kół samochodu tuż przed moimi oczami. Płakałam, trzęsłam
się, nie wiedząc, co się stało. Jakiś mężczyzna klęczał przede mną i pytał
mnie:
-
Jak do cholery się tu dostałaś?
Patrzyłam
na niego nie pamiętając, co się przed chwilą stało. Czułam się tak, jakby ktoś
wymazał mi z pamięci ostatnią godzinę życia. Przed oczami widziałam tylko
twarze tamtych ludzi i nic poza tym.
-
Rany, musi zobaczyć to lekarz, co ci się stało?
Co
mi się stało?
Ostatnie
co pamiętam to moment, kiedy obudziłam się i pocieszałam Urszulkę, bo miałam ją
opuścić.
Mężczyzna
patrzył na mnie nie wiedząc, co powiedzieć o pięciolatce, którą prawie
przejechał autem, spętaną metalową drabinką, całą przemoczoną, zimną,
śmiertelnie przerażoną i w kółko powtarzającą:
-
Przyjdą po mnie, przyjdą po mnie, przyjdą po mnie.
-
Kto? – zapytał.
-
Nie pamiętam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz